I love...

Opublikowano: 20.03.2011
Autor: suzana
I love...
Historia tej miłości ma swoje lata. I jak przystało na dobry romans jest to historia zaskakująca. Najbardziej mnie samą…

I love...
Fot. Viktor1  Shutterstock.com

 

Pierwszy raz zobaczyłam, dotknęłam, poczułam i zasmakowałam główną Bohaterkę gdzieś w drugiej dekadzie mojego życia. I gdzieś na imieninach. Były to dla mnie wcześniej niepoznane obszary kulinarne. Były to małe, tajemnicze, malutkie, niezwykłe i podejrzane stworzenia. Wiedziałam, że budzą skrajne emocje. I to wszystko.
Babcia Aniela – jedna z niewielu osób w rodzinie będących tam, gdzie rodzi je ziemia, stwierdziła stanowczo, że ich nawet nie dotknie. I to był znak. Pierwszy i wyraźny. Znak tego, że MUSZĘ spróbować i z pewnością od razu je pokocham!

Niestety ów pierwszy raz wygrały ze mną 1:0. Bolesna była to dla mnie walka. Bezwzględne 1:0.

Więc jak na miłość, o której jeszcze nie wiedziałam, nastały ciche dni. Dni milczenia i wstrętu. Zimna wojna.

Po kilku dobrych latach, zupełnie niespodziewanie spotkałam się z nimi po raz kolejny. Sprytnie zaplanowane kolejne starcie. Brat, który akurat powrócił z zagranicy, któregoś dnia przyniósł niewielki słoiczek, wypełniony zielonymi kulkami i w przeciągu kilkunastu minut pochłonął całą jego zawartość. Oniemiałam. Nie wyobrażałam sobie, bowiem, że można to w ogóle brać do ust, tym bardziej połykać z taką radością! Gorszą rzeczą było to, że nasze kubki smakowe jakimś dziwnym genetycznym trafem zostały stworzone niemal bliźniaczo mimo sporej różnicy wieku. I tutaj taka… zdrada… Brat oczywiście zdziwiony tym, że nie rzuciłam się na ów słoik z równą mu lubością, zapytał podejrzliwie patrząc, czy może chcę spróbować. Oczywiście chciałam. Duma nie wytrzymała. Lądowanie było szybkie i bolesne. No i kolejne 2:0. Porażka. Totalna porażka. Duma jednak nie pozwalała na nią tak do końca. Ciągle przypominała o małym, zielonym wyrzucie sumienia. Bo skoro on zjada cały słoik, zachwycając się tym i robiąc to z ogromną przyjemnością, to COŚ musi w tym być. No i decyzja zapadła. Muszę odkryć to COŚ!

Więc z niesmakiem wzięłam do ust trzecią w życiu oliwkę. Za nią następną. I kolejną…

I tak, bardzo powoli, zaczęła rozwijać się miłość. Wiem też, co jest w nich niezwykłego. To, co każdy smakosz nazwie inaczej. Niepowtarzalny jest to smak. Nieporównywalny. Dla mnie zawierający w sobie nutkę tej cytryny rosnącej nieopodal gaju oliwnego i mięty schowanej gdzieś wśród skąpych traw ciepłego, nadmorskiego powietrza. To te nuty dopełniają serce smaku. Nieopisane. Niedefiniowalne. Dlatego najcenniejsze.

Wyniku 3:0 już nie było.    


I love...
Fot. http://www.loveolive.co.uk/gallery.html                                                                                                         

Nigdy nie byłam tam, gdzie one rosną. Nigdy nie dotknęłam drzewa, które je rodzi. Wiem, że to zrobię…

 

I love...

prymat